Sfera otaczająca czarną dziurę lub tunel czasoprzestrzenny, oddzielająca obserwatora zdarzenia od zdarzeń, o których nie może on nigdy otrzymać żadnych informacji.
Nie jestem wielkim melomanem, tym niemniej słuchanie muzyki z tych pięciu płyt sprawiło mi wiele satysfakcji. Myślę, że to był całkiem niezły rok.
1. Brendan Perry - Ark. Zaskakująco dobra płyta, w której czuć ducha Dead Can Dance. Sporo elektroniki ale też wiele starych, dobrze znanych miłośnikom DCD brzmień.
2. Massive Attack - Heligoland. Z pewnością nie jest to najlepsza płyta w dorobku MA. Mimo to zawiera kilka świetnych kawałków, na czele z moim ulubionym Atlas Air.
3. Hurts - Happiness. Hicior mijającego roku, grany chyba przez każdą stację radiową. Fajny powrót do lat osiemdziesiątych, w szczególności do nurtu New Romantic, zaaranżowanego jednak na wskroś nowocześnie.
4. Groove Armada - Black Light. Tu również kłaniają się lata osiemdziesiąte, głównie z nurtu synth-popowego aczkolwiek rozstrzał stylistyczny jest dużo większy. Jak dla mnie dwa najlepsze kawałki na płycie to cover Shameless Bryana Ferrego i History brzmiący jak Bronsky Beat.
5. Bryan Ferry - Olympia. Niezła płyta. Stylistycznie to klasyczne downtempo z wybijającą się linią basu, połączone z gitarowymi wstawkami. Dobra muzyka do odprężenia, mimo że momentami (a może właśnie dlatego?) trudno rozpoznać o czym Ferry śpiewa.
Jak co roku początek lipca stoi u mnie pod znakiem Open'era. Tym razem były to już moje trzecie odwiedziny na tym festiwalu. W odróżnieniu od roku poprzedniego byłem tylko na pierwszym i drugim dniu.
Czwartek (1 lipca)
Nie jestem wielkim fanem Pearl Jam ale tego koncertu nie mogłem opuścić. Wrażenia jak najbardziej pozytywne aczkolwiek występ nie powalił mnie na kolana. Nie mam pojęcia z czego to wynikło ale niektóre kawałki zostały zagrane jakby były przyspieszone 1,5 razy. Bardzo fajnie wyszła przemowa Eddiego po polsku, mniej fajnie przesuwanie wszystkich o trzy kroki do tyłu.
Setlista była porządna i długa. O ile dobrze zanotowałem zagrali piosenki chyba ze wszystkich płyt:
'Interstellar Overdrive'
'Corduroy'
'Do The Evolution'
'Hail Hail'
'Got Some'
'Elderly Woman Behind The Counter In A Small Town'
'Amongst The Waves'
'Unthought Known'
'Even Flow'
'Just Breathe'
'Daughter'
'Given To Fly'
'Arms Aloft'
'Why Go'
'Jeremy'
'RVM'
'The Fixer'
'Wasted Reprise'
'Better Man'
'Black'
'Alive'
'Rockin' In The Free World'
Oczywiście krótki moment upamiętniłem komórką.
Piątek (2 lipca)
Tym razem przyjechałem na Massive Attack oraz, ze względu na Asię, na Mando Diao. Ten ostatni pominę bo to zupełnie nie moja bajka. Podobno koncert się udał.
Po Mando Diao przyszła pora na Massive Attack. Co prawda oprawa wizualna nie była oryginalna, gdyż 2 lata temu w tym samym miejscu zespół użył takie samego wyświetlacza, jednak śmiem twierdzić, że koncert był nawet nieco lepszy niż ostatnio. Zadziwiające jak świetnie może brzmieć jak by nie patrzeć muzyka elektroniczna z żywą perkusją (a nawet dwiema!), gitarą basową i elektryczną. Koncert zaczął się od znakomitego United Snakes, które z niewiadomych powodów nie znalazło się na ostatniej płycie MA Heligoland.
Potem przyszła pora na najlepsze kawałki z Heligoland, w tym najlepszy moim zdaniem Girl I Love You z wokalem Horace'a Andy'ego oraz z Mezzanine i Blue Lines (zabrakło tylko Unfinished Sympathy). Panowie zakończyli koncert (nie licząc bisa) fenomenalnym, dziesięciominutowym wykonaniem Atlas Air, które długo jeszcze chodziło mi po głowie.
Wrażenie robiła też wspomniana oprawa wizualna, z wyraźnym przesłaniem polityczno-społecznym. Pełna setlista przedstawia się następująco.
'United Snakes'
'Babel'
'Rising Son'
'Girl I Love You'
'Mezzanine'
'Angel'
'Inertia Creeps'
'Splitting The Atom'
'Safe From Harm'
'Atlas Air'
'Karmacoma' (bis)
Ogólnie tegoroczny festiwal nie był tak udany jak poprzedni, głównie za sprawą doboru wykonawców. Dało się także zauważyć mniejszą ilość osób na koncertach. Dla porównania rok temu na wyjazd z parkingu czekałem co najmniej godzinę. W tym nie czekałem nawet kilku minut.
* * *
LOL
Leniwe oczekiwanie umila Lao Che.
Za wrodzone lenistwo trzeba płacić. W tym przypadku brakiem piwa. :(
Każdy ma chyba taki okres w życiu, który go w pewien sposób kształtuje na resztę życia. W moim przypadku była to pierwsza połowa lat 90. XX w. Co prawda nie słuchałem wtedy Alice in Chains ale czy ktoś chciał czy nie chciał, charakterystyczne, ponure grunge'owe brzmienie przepełniało powietrze, szczególnie gdy słuchało się muzyki rockowej. Nie inaczej było ze mną. Z perspektywy tych kilkunastu lat muszę przyznać, że grunge odcisnął na mnie swoje muzyczne piętno.
Na dobrą sprawę moja znajomość twórczości zespołu z okresu, w którym śpiewał Layne Staley ogranicza się jedynie do płyty Dirt oraz kilku innych kawałków z Facelift i Alice in Chains. Będąc niesłusznie przekonanym o tym, że bez wokalu Staleya istnienie AiC nie ma sensu, wieść o wydaniu nowej płyty w 2009 r. nie zrobiła na mnie większego wrażenia. Aż całkiem niedawno usłyszałem w radiu piosenkę Your Decision. No i wsiąkłem. Szybko kupiłem płytę i "katuję się" nią właściwie non stop od tego czasu.
Cała płyta ma fenomenalne brzmienie - żywcem wyjęte z pierwszej połowy lat 90. Ciężkie, niskie i ponure ale jednocześnie nastrojowe. Z klasycznym podziałem utworów na zwrotkę, refren i solówkę. Tak jakby te 14 lat od ostatniej studyjnej płyty były przerwą rzędu ledwie dwóch lat z punktu widzenia rozwoju artystycznego zespołu. W tym przypadku jest to zaleta. Ciśnie mi się w tym miejscu porównanie do Pearl Jam. O ile generalnie PJ lubię to co by o nich nie mówić, to na pewno nie stoją w miejscu. Z drugiej strony zawsze mam cichą nadzieję, że usłyszę kiedyś coś co będzie w brzmieniu podobne do Ten. To co nie spełniło się w przypadku Pearl Jam, ziściło się w przypadku Alice in Chains. Poczułem się niemal tak jakbym miał 15 lat mniej.
Zadziwiające jest także to jak bardzo wokal gitarzysty Jerry'ego Cantrella przypomina brzmienie wokalu Staleya. Powstaje w związku z tym pytanie czy udział w zespole nowego wokalisty Williama DuVall był rzeczywiście potrzebny. Chyba jedynie w roli "back vocalu", bo Cantrell radzi sobie sam znakomicie.
Stylistycznie płyta jest spójna, jednak w mojej ocenie wyróżniają się te bardziej spokojne kawałki - Your Decision i tytułowe Black Gives Way to Blue. Świetne są także rozpoczynający płytę All Secrets Known oraz "niski" Lesson Learned.